Pamiętam jak zaczynałam moją przygodę z treningami siłowymi. To było jakieś 6 lat temu. Na przestrzeni lat miałam przyjemność odwiedzić wszelkiego rodzaju przybytki zwane siłownią tudzież klubem sportowym.
Jednym z pierwszych był słynny wtedy klub, założony przez jednego ze sławniejszych sportowców, o czym dowiedziałam się przypadkiem. Po prostu kiedyś dostałam miesięczny karnet. Pamiętam, że to była naprawdę duża siłownia z osobną klimatyzowaną (!) salką do aerobów. Oczywiście rowerki i steppery oblegały kobiety, ale i potężni panowie odwiedzali tę część klubu. Sama siłownia była naprawdę świetnie zaopatrzona, mnóstwo maszyn, wolnych ciężarów, na każdą grupę mięśniową przypadały przynajmniej 3-4 urządzenia; a w powietrzu unosił się testosteron.
Bardzo mnie ucieszyło, że trenerzy, którzy przechadzali się pomiędzy urządzeniami byli pomocni i chętnie odpowiadali na pytania i wyjaśniali zasady prawidłowych ćwiczeń. To właśnie wtedy dowiedziałam się, że regularnie trenując, mogę wzmocnić mięśnie pleców, a tym samym zniwelować krzywy kręgosłup i pozbyć się bólu w krzyżu. Wtedy jawiło mi się to trochę jako droga przez mękę. Dziś - czysta przyjemność treningu. Byłam jedną z niewielu kobiet, które zapuszczały się na ciężkie maszyny, ale ani razu nie spotkałam się z krzywym spojrzeniem albo kpiącym uśmieszkiem. Wręcz przeciwnie. Największe "karki" podchodziły, by poprawić moją postawę albo pomóc zdjąć nadmierne obciążenie. Zresztą - taką postawę zauważam we wszystkich siłowniach, na jakie miałam okazję chodzić.
Inną równie osobliwą siłownią była siłownia...państwowa. Do tego przybytku trafiłam za sprawą kolegi, który mnie przedstawił miłościwie panującemu Panowi X. Pan X był trenerem i kierownikiem w jednej osobie, był wychowany w duchu prl-owskiego sportowca i głęboko na sercu leżało mu zdrowie jego podopiecznych. Sama siłownia też pewnie pamiętała głębokie lata 80., ale mimo to panował tam porządek. Tylko przebieralnie i prysznic odrobinę odstraszały. Za to miałam klucz do ogromnej kłódki, zamykający "damską szatnię". Można było się uśmiechać pod nosem z jego podciągniętych frotowych skarpet i spodenek polsportu, ale nikt nie ważył się z nim dyskutować w kwestii wykonywanych ćwiczeń. Potrafił wygłaszać płomienne, często ponadgodzinne wykłady na temat prawidłowego ułożenia nóg przy rwaniu sztangi albo wyciskaniu na ławce. Oczywiście przemówienia słuchali wszyscy, bo byli zwoływani na środek sali. Przyznam, że ja jako jedyna kobieta w tym miejscu byłam od tego zwolniona, ale chyba tylko dlatego, że nawet nie podchodziłam w okolice wielkich sztang. W spokoju mogłam "dźwigać" moje kilkanaście kilo na klatkę. Ale żeby nie było, że byłam traktowana po macoszemu - przed pierwszym treningiem byłam oprowadzona po każdym urządzeniu, a wspomniany wcześniej kolega został oddelegowany do osobistego nadzorowania moich postępów i prawidłowego wykonywania. Naprawdę czuło się, że Pan X czuwa nad tą gromadką, a gromadka czuje głęboki respekt, mimo zdarzających się cichych docinek.
Miałam też wątpliwą przyjemność uczęszczać do siłowni, gdzie trener wolał siedzieć z recepcjonistkami ośrodka rekreacyjnego i nie szło doprosić się o wyjaśnienie działania naprawdę dziwnie skonstruowanych maszyn. A wówczas miałam już jako-takie pojęcie co do czego służy. Po prostu zostawiono mnie samej sobie. Siłownia była mikroskopijna, co z tego, że miała nowe maszyny, jak ich funkcjonalność prócz kilku była zagadką? Brrr. Never ever.
Potem trafiłam do Pana T. i jego siłowni w podziemiach szkoły motoryzacyjnej. Miałam do niej dwa kroki z uczelni. Pysznie! Zawsze byłam przywitana dobrym słowem, herbatą a czasem pan T. oferował swój własny obiad. Doprawdy kochany człowiek:) I ludzie, którzy tam chodzili ćwiczyć. Naprawdę bardzo bardzo mile wspominam tę siłownię. Po treningu można było się zrelaksować w saunie. I mimo że była wyposażona w nieco mniej urządzeń niż pierwsza opisywana siłownia, to naprawdę skompletowany sprzęt był imponujący. Spędzałam tam dłuugie godziny, często w oczekiwaniu na jedną bieżnię albo po prostu miło konwersując z klientami. Czuło się rodzinną atmosferę, to bardzo przyjazne miejsce. Niestety dojazdy po zakończeniu nauki stawały się coraz bardziej uciążliwe, a niedaleko mojego miejsca zamieszkania wybudowali naprawdę spory klub ze wszystkimi "bajerami" jakie można sobie chyba wymyślić.
Do tego "wybajerzonego" klubu chodzę po dziś dzień. Oczywiście od czasu pierwszego otwarcia stracił nieco z swojego hi-endu, jak to z każdym klubem, ale nadal z zewnątrz trzyma niezły poziom. na zajęcia grupowe chodzę tak sporadycznie, że mogłyby dla mnie nie istnieć. Sauny, basen...też bardzo okazjonalnie. Jednak świadomość, że w każdej chwili mogę skorzystać ze wszystkiego, co klub oferuje - jest przyjemna. I jeszcze mi się nie zdarzyło, bym musiała czekać na bieżnię czy orbitrek. W założeniu klub miał być ekskluzywny, ale wierzcie mi - wysoki poziom wcale nie zależy od grubości portfela. Tu się o tym przekonałam.Bo skoro kawa i herbata jest darmowa, a jedyne co musisz zrobić to nacisnąć przycisk w ekspresie, po co komu kraść łyżeczki do kawy albo filiżanki...Tyle kompletów, co tam się przewinęło to zaopatrzenie sklepu z porcelaną nie miało. Ale wracając do samej siłowni, a właściwie klubu. Dużo maszyn, ale i tak kilka bym dołożyła. Naprawdę nie obraziłabym się za drugą ławkę rzymską albo modlitewnik, a druga brama byłaby błogosławieństwem. skoro taki wielki, "wypasiony" klub, to czemu nie? I szkoda, że trenerzy nie mają już czasu dla ćwiczących. To nawet nie ich wina, tylko polityka firmy - treningi indywidualne są priorytetem i poza nimi nie ma już czasu na poprawianie początkujących czy podpowiedź lepszego ćwiczenia dla stałych bywalców. Wielka szkoda.
Ostatnio jednak coraz bardziej mnie kusi, by odwiedzić inne przybytki, tak dla porównania warunków, cen, atmosfery... A może znajdzie się coś jeszcze bardziej atrakcyjnego?


ja chodzę do Pure - jest też w Krakowie. Ładnie, czysto, fajne zajęcia. Na mojej siłowni mamy na przykład brzuchy z trenerami - wierz mi, że są mega trudne. Lubię tam przychodzić
OdpowiedzUsuń